Tanjobi

Echa komentarzy:

Pinupcandy, tak, mamy zamiar iść do baru Maido Cafe, chyba znaleźliśmy taki w Akihabarze (zresztą jest ich mnóstwo wszędzie ^^). O gumie do butów jeszcze będzie, bo to dość intrygujący pomysł. ~^^~

Tajemniczy Wujku Z., na szyi mamy identyfikatory z godziną, o której weszliśmy do Neco Cafe, płaci się tutaj za godzinę głaskania kotów – 1000 jenów (ok. 35 zł).

Rast, Robert może, ja na pewno nie, bo boję się takich atrakcji.

***

Dzisiejszy dzień minął nam pod znakiem urodzin naszej przyjaciółki Marti. Ponieważ jej małżonek pojechał o poranku na zwiedzanie muzeum Ghibli (nie miał wpływu na wybór terminu biletu), to my we dwójkę towarzyszyliśmy Marti w urodzinowym pikniku w stylu japońskim. *^v^*

Styl japoński polega na tym, że kupujemy w sklepie “wszystko po 100 jenów” niebieską plastikową płachtę i rozkładamy ją w parku na trawniku, a na niej umieszczamy jedzonko i słodycze kupione w 7 Eleven (oraz napoje wyskokowe, co jest w Japonii zabronione, zresztą w Polsce też, ale skrzętnie ukrywaliśmy szampana i piwo pod chustą! *^v^* Zresztą tutaj najwyżej podszedłby do nas pan policjant i poinformował nas, że robimy coś niedozwolonego, a my byśmy się bardzo kajali i przepraszali. ^^).

Takie niebieskie płachty są szczególnie popularne w czasie kwitnięcia sakury, kiedy całe rodziny rozkładają płachty w parkach pod drzewami wiśniowymi i piknikują pod osypującymi się kwitnącymi drzewami wiśniowymi (ale sakury kwitły w kwietniu niestety).

Dzisiaj pierwszy raz jadłam coś, co mi kompletnie nie smakowało – śliweczkę umeboshi. To odmiana śliwy, która w smaku jest słodko-słono-tłusta, zapewne są amatorzy tego owocu, bo jest sprzedawany w paczuszkach jako przekąska, ale jak na razie nikomu z naszej wycieczki (kto próbował) nie przypadł do gustu…

Przy okazji, udało się nam zaobserwować następujące zjawisko: na chodniku zaparkowała Toyota Crown (oglądaliśmy taką wczoraj w Amluxie, 12 mln jenów…).

Wysiadł z niej pan w obcisłym czarnym golfie i czarnych okularach, ściereczką obtarł karoserię to tu, to tam, potem z bagażnika wyjął OGROMNĄ miotełkę do kurzu (!) i obleciał nią dach samochodu!… Następnie odszedł kawałek i wrócił z panem po 40-stce, ubranym w strój sportowy i ręcznik na szyi, otworzył mu drzwi, tamten wsiadł do środka i odjechali. Bliskie spotkanie z szefem yakuzy jak nic! ~^^~

Po południu postanowiliśmy kontynuować obchodzenie urodzin w imprezowej części Shinjuku i trafiliśmy do knajpki na ósmym piętrze kamienicy, do której zaprosił nas pan naganiacz, wręczając kupon na 20% zniżki. (tutaj naganiacze stoją przed wszystkimi sklepami i restauracjami, a nawet małymi barami, gromkim głosem zachwalając asortyment i np.: informując obcokrajowców o anglojęzycznym menu).

Po raz pierwszy boleśnie przypomniałam sobie, że jestem w Japonii wśród Japończyków. Co mi o tym przypomniało? Japończyk nie potrafi powiedzieć “nie”, nie jest w stanie przyznać się do swojej niewiedzy, bo inaczej straci twarz. Dlatego kelner w restauracji, do której trafiliśmy na pytanie, czy mają English menu ochoczo odpowiedział, że tak! A potem okazało się, że oczywiście nie, i musieliśmy rozszyfrować japoński komputerowy system zamawiania potraw (który na szczęście okazał się dość oczywisty, ale człowiek nieco głupieje, kiedy zostaje postawiony przed wyborem kilku obrazków i wielu napisów w kanji… ^^)

Sam system jest bardzo mądry, bo nie trzeba krzyczeć na kelnera, zamówienie z danego stolika sumuje się w komputerze i można płatność rozbić na dowolną liczbę osób, całe menu jest pod ręką na wyświetlaczu. Żebyśmy tylko jeszcze znali japoński w piśmie… *^v^*

Po kolacji kupiliśmy sobie piwo w sklepie i ruszyliśmy na spacer po okolicy, i całkiem przypadkiem weszliśmy w uliczki pełne klubów z hostesami paniami i panami, oraz love hoteli. Love hotel (rabu hoteru) to pokoje na godziny, i wbrew pozorom nie służą tylko młodym zakochanym parom, bo w japońskich warunkach małych mieszkań i rodzin mieszkających wielopokoleniowo pod jednym dachem bywają miejscem do spokojnego tete-a-tete dla par małżeńskich z długim stażem. Ceny za wynajem są różne, tu akurat Waste pokazuje hotel z ceną 4100 jenów za 3 godziny albo 6500 za całą noc.

Hotele są utrzymane w różnym stylu, na wejściu w holu są zdjęcia pokoi do wyboru (w tych, do których wchodziliśmy, 3/4 pokoi o godzinie 23:00 było wynajęte), ceny najróżniejsze w zależności od standardu i wyposażenia. W holu jest malutkie okienko recepcji, w którym bardzo czesto siedzi babinka-starowinka, która pobiera opłatę za pokój i wydaje klucz. Uprzedzając pytania, dzisiejszego wieczoru nie korzystaliśmy z rabu hoteru, tylko zaglądaliśmy do niektórych w celach reporterskich. ~^^~

Natomiast po drodze do bardziej rozrywkowej części Shinjuku natrafiliśmy na imitatora Jacka Sparrowa (premiera nowej części “Piratów z Karaibów” jest tutaj 19 maja i wszystkie sklepy są zarzucone gadżetami z filmu), i z okazji urodzin Marti zrobiła sobie z nim zdjęcie. ~^^~

Acha, z okazji urodzin cały dzień do wieczora chodziliśmy w papierowych czapeczkach po ulicy, czym udawało nam się wywołać zainteresowanie pozornie powściągliwych Japończyków. *^v^*

Advertisements

2 thoughts on “Tanjobi

  1. Gromkie polskie sto lat dla miłej solenizantki!
    O la la! Jack Sparrow jak żywy, ino japoński 😉
    A czy będzie fotorelacja z Gibhli?

  2. Rozkładajac niebieska płachte na skwerku w moim mieście przeykryła bym nią pewnie sporo psich kup:)
    Czy tam nie ma takiego problemu?
    100 LAT dla solenizantki.

Comments are closed.