Zakupy na Shinjuku

Zwracam uwagę czytelników na fakt, że udało mi się dojść niemal do perfekcji w zakresie robienia onisasa. Oto dowód! Shub Niggurath i jej tysiąc młodych! Jakie to jest dobre!!!

Podczas każdej podróży nadchodzi taki dzień, który poświęcamy na zrobienie zakupów. Nie mam na myśli pamiątek dla bliskich, a rzeczy, które planuję przywieźć sobie z wyjazdu i nawet dokładnie wiem, gdzie i po co mam pojechać. Tym razem wszystkie trzy miejsca zgrupowały się w dzielnicy Shinjuku.

Zauważcie starsze panie wolontariuszki, które wyłapują zagubionych obcokrajowców i pomagają im znaleźć na mapie drogę do wybranych miejsc. *^v^*

Zatrzymaliśmy się w gralni Sega z automatami Ufo Catcher i Robert próbował dla mnie zdobyć najpierw wielkiego Kapibara-san a potem dużą poduszkę-głowę Nyanko-sensei, prawie mu się udało i to byłoby dopiero śmieszne, gdybym wiozła do Polski wielkiego pluszaka….. *^w^*

Naprawdę prawie. Jeszcze 200-300JPY i by się udało. Te automaty służą do wyciągania pieniędzy, to fakt, ale jednak wiele wskazuje na to że da się z nich w końcu coś wyjąć wykazując się odpowiednią cierpliwością i na moje oko przynajmniej raz na dwa razy uda się to taniej niż gdyby tę samą zabawkę po prostu kupić…

Po pierwsze, kupiłam plecak. Przyznaję się – jestem odzieżowym i akcesoriowym snobem. Nie zwracam uwagi na drogie marki ale lubię mieć coś fajnego, czego nie nosi połowa ludzi dookoła mnie. Między innymi dlatego szyję sobie ubrania – sama wybieram materiał i fason, który często dodatkowo modyfikuję według własnego widzimisię. *^w^* Jakiś czas temu zamarzył mi się plecak i zaczęłam szukać czegoś ładnego i funkcjonalnego. Pierwszy wybór padł na Kankena – w końcu ma świetne opinie, występuje w kilku rozmiarach i wielu kolorach do wyboru. Ale… kiedy tylko zachciało mi się Kankena, zaczęłam go widzieć WSZĘDZIE!… Na co drugim człowieku w Warszawie i to mnie zniechęciło. Ale jadąc do Japonii pomyślałam, że może tam znajdę jakąś lokalną markę, której produktów nie będę oglądała na wszystkich dookoła mnie, kiedy już wrócę do Polski. I jak poszukałam, to znalazłam – markę Anello, która powstała w 2005 roku w Osace. Wybrałam sobie model i kolor, i w domu handlowym My Lord na Shinjuku poczyniłam zakup. *^V^* Plecak jest świetnie uszyty, pojemny, ma dziesięć kieszeni w wygodnej kombinacji, można go nosić jako plecak i jako torbę a dodatkowo kosztował połowę ceny Kankena i jest japoński, czegóż mogłabym chcieć więcej?… *^O^*~~~

Następnie Kinokuniya – do księgarni zawsze warto zajrzeć, chociażby po nowe numery czasopism kulinarnych czy szyciowych. ^^*~~ Ale dodatkowo chciałam kupić album polskiego artysty mieszkającego w Japonii, Mateusza Urbanowicza, który namalował serię akwareli przedstawiających tokijskie ulice i tradycyjne sklepy, jakie się na nich znajdują. Wydanie dostępne w sieci księgarni Kinokuniya ma specjalną okładkę przedstawiającą księgarnię Kinokuniya właśnie! *^o^*~~

W Kinokuniya natrafiliśmy na polski akcent – oferta filmów Andrzeja Wajdy!

W przerwie między jednym sklepem a drugim zjedliśmy lunch w Fuji Soba – makaron udon lub soba w bulionie z dodatkami. Ta sieciówka nigdy nie zawodzi! ^^*~~

No i na koniec Sekaido, czyli sklep dla plastyków. W tym roku nie kupowałam szkicowników, za to zrobiłam sobie komplet tubek z farbami japońskiej firmy Holbein. Przy okazji, jeśli ktoś się zastanawia, dlaczego nie wrzucam ostatnio szkiców to dzieje się tak z najbardziej błahego powodu na świecie – po prostu nie mam na szkicowanie ani malowanie czasu… Mam ze sobą wszystko co potrzebne – szkicownik, ołówki, farby, ale po całodziennym zwiedzaniu, spędzaniu czasu na wieczornych pogaduchach ze znajomymi, pisaniu bloga i obrabianiu zdjęć ledwo starcza mi czasu na kilka godzin snu… Nie jest łatwo być Fumem Turystycznym… *^o^*

Już niewiele więcej robiliśmy tego dnia, bo chodzenie po sklepach zmęczyło nas nie mniej niż zwiedzanie zabytków. Poza tym trzeba było jeszcze zrobić pranie, przepakować się i przyszykować do porannego wyjazdu z Tokio. Ale o tym następnym razem. *^v^*

Chodzenie po sklepach i po ulicach Tokijskich centrów też jest znacznie bardziej męczące niż chodzenie jako takie, a nie tylko nie mniej. Drobi się kroki, porusza bardzo powoli, nie można iść w “swoim” wygodnym tempie nabierając rytmu, co chwila stopy muszą wykonywać dziwne, nienaturalne ruchy. I to naprawdę odbija się na nas poważnie. W Warszawie w tym roku były takie okresy gdzie przez 20-30 dni nie schodziłem poniżej 10000 kroków codziennie wyspacerowując kilometry po asfaltach i chodnikach. Tutaj robimy mniej kilometrów a więcej kroków i to po prostu boli. Ale od czego są wakacje?

Advertisements