Wzgórze Atago, muzeum NHK i do zobaczenia Tokio!

Wymyśliłam sobie, że chcę być w Japonii w moje urodziny. Nie miałam niczego konkretnego na myśli, żadnego miejsca, w którym chciałabym je spędzić, żadnego pomysłu na ten dzień, po prostu, żeby tam być. No i dzień urodzin nadszedł, ja w Japonii i nagle wpadłam w panikę, że coś musimy zdecydować, dokądś pójść, bo inaczej wejdę pod kołdrę i cały dzień spędzę w pokoju hotelowym, a nie mam na nic pomysłu!… Na szczęście mój mąż nie poddaje się moim atakom paniki i szybko znalazł nam miejsce w Tokio, w którym jeszcze nie byliśmy, a okazało się piękne i interesujące, w sam raz na wycieczkę urodzinową! *^V^*

Można do tego miejsca dotrzeć windą, ale można też, jeśli chce się mieć szczęście w życiu, wejść po schodach. Ale… zawsze jest jakieś ale w takich wypadkach. *^v^* Żeby tego szczęścia zaznać, trzeba wejść po prawie pionowych schodach od dołu do samej góry bez zatrzymywania się!…. Że ja się na to zdecydowałam, to się sobie dziwię, ale poszłam… Szczęścia mam w życiu bardzo dużo, jednak wiadomo, że troszkę więcej nie zaszkodzi!… 🐱 W trakcie wchodzenia miałam dość, chociaż wcale nie wiedziałam, ile mi jeszcze zostało, bo nie patrzyłam ani w górę (żeby się nie rozczarować) ani w dół za siebie (żeby nie zlecieć!…). Robert trzymał mnie za rękę i mówił, że jeszcze tylko kilka schodków, a ja wolałam mu wierzyć, że w zasadzie już jesteśmy na samej górze… *^o^*~~~ Jak wreszcie schody się skończyły byłam tak zasapana, że nie mogłam się wyprostować, chyba narzuciłam za szybkie tempo wchodzenia, ale jak już zaczęłam to szłam stopień po stopniu równym tempem… A potem odeszłam dwa kroki od brzegu schodów i spojrzałam w dół, i…. dobrze, że nie zrobiłam tego w trakcie wspinaczki bo na 1000% runęłabym w dół, ja mam lęk wysokości!… >< Jeden samurai podobno wjechał na górę na koniu i zajęło mu to minutę, ale zjeżdżanie w dół 45 minut, tak koń był zmęczony, i wcale się koniowi nie dziwię! Ja nie miałam samuraja na grzbiecie, a i tak dobrą chwilę zajęło, zanim mogłam się wyprostować i zrelaksowana podziwiać co było na górze do podziwiania!

Wiele, a w zasadzie wszystko w tym szczególnym wypadku wjeżdżania po schodach konno, zależy od konia. Przy moim poziomie umiejętności na pewno. Ale na swojej zaprzyjaźnionej kobyłce na której najczęściej jeżdżę to bym wjechał, bo dzielna jest. Więc i Pan Samuraj może taką dzielną miał. A samemu to choć nie wydawało się aż tak trudno jednak łatwo też nie było… Przeto sukces mamy zapewniony!

Na szczęście to co ukazało się naszym oczom po pokonaniu schodów wynagrodziło trudy, bowiem wleźliśmy na wzgórze Atago, gdzie znajduje się kompleks świątyń. Kiedyś był stamtąd wspaniały widok na Tokio, obecnie góra ta jest z każdej strony otulona wieżowcami, cóż – znak czasów. Oprócz ołtarzyków mniejszych i większych poświęconych różnym bóstwom mamy tu staw w karpiami, dla których można kupić karmę za 100 jenów i mieć wiele radości z bycia ochlapanym podczas karmienia, ryby są wielkie i strasznie zachłanne…

Kompleks świątyń to duże słowa w tym wypadku, raczej nieduża świątynia i kilka malutkich obok. To na prawdę nieduże miejsce…

Sama góra Atago to najwyższy naturalny punkt w całym Tokyo. Zresztą tak właśnie to miejsce znalazłem – szukając najwyższego wzniesienia w mieście. Dlatego zapewne pierwsza rozgłośnia radiowa postawiła tutaj swoje maszty. Dziś nie tylko że okoliczne budynki (biurowe ale i apartamentowce) są dwa razy wyższe to jeszcze góra jest tak otulona nimi, że trzeba wiedzieć gdzie jest bo “z ulicy” można jej po prostu nie zobaczyć!

Obok kompleksu świątyń znajduje się muzeum japońskiej telewizji NHK, jest darmowe a zawartość dość ciekawa, pokazująca początki i rozwój radia i telewizji w Japonii. Niestety nie wolno w środku robić zdjęć (oprócz kilku wyjątków), chociaż przy jednej gablocie nie mogłam się powstrzymać… ^^*~~ Kto w dzieciństwie oglądał “Oshin”? Serial o biednej dziewczynce, która miała tak strasznie w życiu, że aż się człowiek cieszył, że ma w sklepie wyrób czekoladopodobny… Oglądałam każdy odcinek z wypiekami na twarzy! *^V^*

W końcu to Halloween, no nie? 😉

Nagrałam kilka podkładów dźwiękowych stosowanych w filmach, niesamowite, że osiąga się je za pomocą koszyka, kamyczków, kokosa!… *^O^*

Po wyjściu z muzeum spotkaliśmy takiego kota wygrzewającego się w ciepłym słoneczku:

Ale nie spędziliśmy z nim wiele czasu, bo ruszyliśmy zjeść kupiony w konbini lunch w pobliskim parku Hibiya. To już naprawdę ostatnie chwile na piknik w parku, na szczęście znaleźliśmy małą altankę ze stolikiem i siedzeniami, bo raczej nie było mowy o rozłożeniu się na trawniku. Jesień, ech… Tuż przed naszym przyjściem z parku Hibiya wyszła liczna, głośna, zaopatrzona w transparenty, bardzo porządnie zorganizowana demonstracja, niestety nie wiemy, przeciwko czemu (albo za czym) optowała.

No bo w końcu są też urodziny! 😉

A dla zachowania Halloweenowego charakteru dnia – my w odmiennym nastroju! ^^*~~

Urodzinową kolację postanowiłam zjeść w Isomaru Suisan. Bywaliśmy w tej knajpie w różnych lokalizacjach ale pierwszy raz na Ningyocho zaskoczyli nas… płatnym “wejściowym” za 400 jenów od osoby, zestawem na grilla – rybka i dwa rodzaje “klopsa” rybnego. Dalej było klasycznie – drinki hachimitsu yuzu highball, kani miso, frytki, edamame, ogórki z olejem sezamowym, smażone ryby, i insze inszości. *^V^*

O, a to powyżej to tuńczyk grilowany z sosem sojowym i czosnkiem. Jak imprezowaliśmy na Shibuya wcześniej to też był, ale go nie zamówiłem bo wyglądał na danie z makaronem i uznałem, że to już będzie za dużo. A tu okazuje się, że to na zdjęciu to nie był makaron tylko duszona cebulka. Danie nie jest duże ale niezwykle smaczne i aromatyczne, prawie tak dobre jak ongi serwowany tutaj stek z ogona tuńczyka. Prawie… Ale i tak warto było!

I powiem Wam, że to były bardzo fajne urodziny! *^0^*~~~

Gdyby nie fakt, że wieczorem trzeba było spakować walizki i następnego ranka stawić się na lotnisko, żeby wracać do Polski, to w ogóle byłoby super. Niestety, każde wakacje kiedyś się kończą i nasze też dobiegły końca. 1-go listopada wsiedliśmy w samolot i wyruszyliśmy w drogę powrotną do domu, a góra Fuji pożegnała nas wyglądając spomiędzy chmur. Do zobaczenia niebawem! *^v^*~~~

No takiego pięknego widoku na Fujisan to jeszcze nie mieliśmy! Zwykle bardzo wstydliwa Fuji odkryła przed nami nie tylko swój mglisty kontur ale całą ośnieżoną okazałość w ostrym słońcu aż przerysowującym kontury. Zdjęcia tego nie oddają, bo to tylko z telefonu i jeszcze odbicia na podwójnym oknie samolotu, które gołe oko postrzega inaczej (lub wcale) ale i tak wyszły całkiem nieźle. W każdym razie jak na pożegnanie z Japonią wypadło to cudnie, coś jakby sama góra nie tyle pożegnała nas co powiedziała “do zobaczenia”! A nam w to graj oczywiście :-).

 

Advertisements