Kudanshita, Tokyo Tower i do zobaczenia Tokio!

Ostatni dzień powitał nas zapowiedzią deszczu. To znaczy, w dzielnicach Kanagawa i Chiba było nad ranem oberwanie chmury i wiele domów zostało podtopionych (na szczęście dom mojej koleżanki Eri nie ucierpiał, ufff!), ale w centrum Tokio pogoda jakoś się ustabilizowała, chociaż zrobiło się pochmurnie, wietrznie i dość chłodno, około 20 stopni. Tego dnia zdecydowaliśmy się wykorzystać bilety, które dostałam od Zofii z bloga Podróże po kulturze. Z podróży po Japonii zostały jej dwa niewykorzystane bilety na metro i postanowiła się nimi ze mną podzielić, bo były ważne do końca września. Bilety te, oprócz 24 godzinnych podróży po Tokio dają też szereg zniżek w najróżniejszych miejscach i wybraliśmy wycieczkę do Showakan, gdzie dostaliśmy 70 jenów zniżki na wejście (bilet 300 jenów), ale o tym za chwilę. Ponieważ bilet jest ważny przez 24 godziny od skasowania, na tych biletach pojedziemy też jutro rano na lotnisko Haneda, a przynajmniej pokryje on nam część trasy do stacji Sengakuji, zapłacimy tylko za ostatni kawałek trasy.

Od siebie dodam, że gdy moja małżonka powiedziała mi o tych biletach przed wyjazdem zobaczyłem, że są przyczepione do lodówki silnym magnesem neodymowym… To są bilety magnetyczne… Hm… W skrócie: ciekaw byłem, czy jeszcze działają. Kiedy weszliśmy na stację Mitsukoshimae i wrzuciłem swój do bramki ta radośnie wypluła go z drugiej strony z nabitą datą potwierdzając jego ważność przez najbliższe 24h. Ale mojej małżonce to się już nie udało – drugi bilet przelatywał przez bramkę z informacją, że coś jest nie tak. Pan obsługujący wejście do stacji (zawsze jest taki kantorek w którym pracuje station attendant) machnął ręką żebyśmy szli bo zauważył, że mamy te 24h bilety i pewnie myślał, że są już skasowane. Ale że na bilecie żony nie nadrukowała się data uruchomienia wróciliśmy do niego z prośbą o pomoc. I tu przyznam, że choć spodziewałem się że problem szybko zostanie ogarnięty w ten czy inny sposób i na pewno na naszą korzyść to jednak i tak pracownikom Tokyo Metro udało się nas zaskoczyć. Operacja zajęła 90 sekund – jeden telefon i za chwilę przybiegł drugi pan Attendant z nowym kartonikiem w garści i bez zbędnych ceregieli przepuścił go przez bramkę nabijając datę ważności a następnie z dobrym słowem wysłał w dalszą podróż. Pięknie! Aż nam trochę głupio było, bo w sumie to przecież wiedzieliśmy dlaczego bilet nie działał…

Zaczęliśmy jak zawsze od śniadania. Robert dopracował tworzenie onisasa, który dzisiaj wyszedł jeszcze lepiej, wiadomo – trening czyni mistrza! *^V^* Najpierw nastąpiło precyzyjne uklepywanie ryżu wokół kotleta kurczakowego, a potem degustacja.

Ja za to jestem niezmiernie ogarnięta… Po raz pierwszy kupiłam sobie matcha frappe – bierze się kubek z mrożoną herbatą matcha i wlewa do niej gorące mleko z automatu, mrożona część stopniowo się rozmraża dając pyszny napój, idealny na upalne dni, a takim dzisiejszy dzień nie był, mogłam się tym delektować wcześniej, kiedy jeszcze we wrześniu było tu lato, hm…..

Jak już wspominałam, pojechaliśmy na stację Kudanshita, żeby odwiedzić muzeum epoki Showa – Showakan. Bilet wstępu kosztuje 300 jenów ale karta na metro dała nam 70 jenów zniżki. To muzeum upamiętnia życie w Japonii podczas i po II-giej Wojnie Światowej, do obejrzenia są takie eksponaty jak zachowane zdjęcia, przedmioty codziennego użytku, zabawki, pierwsze sprzęty kuchenne, ubrania. Pomyślano nawet o zwiedzających niejapońskojęzycznych i poszczególnym instalacjom towarzyszy elektroniczny komentarz (sprzęt do słuchania pobiera się na początku wystawy). Niestety w tym muzeum nie wolno robić zdjęć, a szkoda, bo eksponaty są ciekawe i pokazują, jak w niektórych aspektach życie w Tokio nie zmieniło się za bardzo. *^v^* A jak bardzo zmieniło się w innych!

Zrobiło się około 14:00 i nadszedł czas na poszukanie jakiegoś pysznego lunchu. A żeby nie jeździć po mieście na pusto pojechaliśmy na lunch w okolice Tokyo Tower, bo tam jeszcze nie byliśmy. *^O^* Samej wieży nie chciało nam się zwiedzać, obydwa tarasy widokowe były zamknięte z powodu remontu, a i my byliśmy tego dnia już porządnie zmęczeni i trochę przeziębieni, zresztą trzeba było zjeść i wrócić do hotelu, żeby spokojnie się spakować i odpocząć przed jutrzejszym lotem. Tak więc, przeszliśmy tylko spacerkiem obok Tokyo Tower i pobliskiej buddyjskiej świątyni Zoujouji.

Lunch zjedliśmy w podziemiach World Trade Centre, w barze MugiMaru serwującym makaron udon w najróżniejszych konfiguracjach. Ja wzięłam makaron na zimno z miseczką kastudonu, a Robert wybrał makaron na ciepło w bulionie i dobrał sobie warzywa i krewetkę w tempurze.

Jeszcze trochę inny niż pozostałe, bo tu zamawia się najpierw udon w jakiejś podstawowej konfiguracji (tak jak mój kitsune udon poniżej) a potem jedzie z tacką jak na stołówce i dobiera dodatki (kakiage i inne różności w tempurze) i na koniec przy kasie płaci. A potem jest jeszcze automat który za 300JPY może nam nalać kufelek piwa. I robi to widowiskowo bo się stawia kufelek, naciska guzik a maszyna pochyla go żeby nalać piwa po ściance a na koniec prostuje żeby dorobić piany. Tylko jakoś nie bardzo jest jak to nakręcić więc opis musi wystarczyć… Ale urządzenie sprytne, nie powiem, mógłbym w domu takie mieć… 😉

Wyjazd do Tokio nie byłby kompletny bez wizyty w Naszej Rybce. Tak mówimy o sieci barów z rybami i owocami morze o nazwie Hamayaki Tarou. ^^*~~ Zestaw obowiązkowy to koktajl na shochu Hachimitsu Yuzu i stek z tuńczyka cięty przez ogon! A raczej tak nam się wydawało, ale niestety, nie było steków!!!…. Za to był krab śnieżny i kalmar z grzybkami, i smażony ryż z krabem, i smażona sajra (akurat jest na nią sezon), i rozdymka, i przegrzebki, i były koktajle rozmaite, nie tylko z yuzu. Pożegnaliśmy Tokio ze smakiem! *^V^*

 

I to już koniec naszej wrześniowej japońskiej przygody. Czy polecamy wyjazd do Tokio we wrześniu? Nie. Po pierwsze, cały handel żyje już ideą, że jest jesień, a pogoda bynajmniej nie jest jesienna, trzydziestostopniowe upały są jak najbardziej występujące, do tego przechodzą tajfuny, co przynosi ulewne deszcze i porywiste wiatry, często jednocześnie. No, nam się udało jakoś je ominąć ale poza Tokio się działo ostro co pokazywała cały czas telewizja. Po drugie, większość kwiatów już przekwitła albo właśnie przekwita, ale drzewa jeszcze nie zabierają się do zmiany kolorów liści, więc przyrodniczo to taki nijaki okres. Po trzecie, letnie festiwale i święta pokończyły się w sierpniu, a jesienne wydarzenia zapowiadane są na październik i listopad, więc we wrześniu z kulturalno-obyczajowego punktu widzenia niewiele się dzieje (no, chyba że jesteście fanami sumo!) Po trzecie, z niewiadomych przyczyn to jeden z najdroższych okresów w roku jeśli chodzi o bilety lotnicze i hotele (mamy porównanie z majem/czerwcem i lipcem). W przyszłym roku zamierzamy przyjechać do Tokio w październiku!

A na razie dopakowujemy walizki i jutro rano wsiadamy w samolot powrotny do Warszawy. Czy chcę wracać? Oczywiście, że NIE! Ale czekają na mnie koty, i własne łóżko bez gwiżdżącej nad głową klimatyzacji, i maszyna do szycia, i nowe szkicowniki, i lekcje japońskiego. Czy będę tęsknić i płakać? Na pewno! Może nie tak, jak w 2011 i 2014 roku, kiedy po powrocie widok zapomnianego w kieszeni spodni japońskiego rachunku albo ostatniej torebki herbaty kupionej w konbini wywoływał u mnie potoki łez… Ale fakt pozostaje faktem, Tokio nigdy nie było i nie będzie dla mnie tylko chwilową fascynacją wakacyjną, po której prędzej czy później wraca się do rzeczywistości. To mój świat, moje miejsce, z którego po prostu muszę raz na jakiś czas wyjechać ale do którego w miarę możliwości zawsze będę wracać, mam nadzieję, że uda się to nam niebawem, o czym Was niezwłocznie zawiadomię.

Dziękujemy czytelnikom i komentatorom naszego bloga, mamy nadzieję, że dostarczyliśmy Wam rozrywki i sporą dawkę inspiracji i informacji co do tego, jak i gdzie spędzać czas w Tokio i okolicach. Do przeczytania następnym razem! *^-^*~~~

Advertisements