TWP – Izukyu Shimoda i Izu Kogen

Japończyk jest modelowym Fumem Turystycznym – jak już podróżuje, to z rozmachem, jest przygotowany na każdą okoliczność a i wymaga sporo. Koleje japońskie wychodzą turyście naprzeciw i oferują szereg udogodnień jak specjalne pociągi widokowe, pakiety wycieczkowe i zbiorcze bilety na pociągi, które czasami dają też szereg zniżek na wstęp do muzeów, itp. Na szczęście takie oferty nie są skierowane wyłącznie do japońskiego turysty, a wręcz przeciwnie – niektóre z nich przysługują tylko obcokrajowcom (nawet nie rezydentom). W tym roku zdecydowaliśmy się skorzystać z takiej oferty i za 10000 jenów/os kupiliśmy Tokyo Wide Pass. Obowiązująca przez trzy kolejne dni karta daje nam możliwość podróżowania na wybranej siatce połączeń kolejowych linii JR East, co pozwala na robienie krótkich jednodniowych wycieczek poza Tokyo.

Kartę Tokyo Wide Pass kupujemy w jednym z centrów turystycznych na kilku większych stacjach kolejowych i wybieramy datę rozpoczęcia podróży. Pierwszego dnia na pierwszej stacji dostajemy pieczątkę i potem już tylko pokazujemy naszą kartę na stacjach i konduktorom w pociągach.

Na pierwszy dzień naszych podróży wybraliśmy półwysep Izu, gdzie zawiózł nas Odoriko Ltd. Express – odpowiednik naszego pospiesznego.

Odoriko to oczywiście nazwa własna pociągu kursującego na tej linii specjalnie stworzonej po to aby z Tokio można było pojechać zwiedzać półwysep Izu. Odoriko znaczy Tancerz, ale czemu? Nie wiemy… Natomiast wiemy już jak Odoriko wygląda. Duża część składów to pociągi z lat 80-tych. Mają dość charakterystyczny design, który mi osobiście kojarzy się tak dekadę albo i dwie wcześniej, niemniej widać że składy owe są nie tylko utrzymywane w stanie umożliwiającym ich używanie ale też poddawane pełnej renowacji i unowocześnieniu raz na jakiś czas. Jedyne czego w Odoriko brakuje to gniazdka elektrycznego przy fotelu pasażera. Poza tym wygodnie, mnóstwo miejsca na nogi, klimatyzacja. No i brak tego nieśmiertelnego metaliczno-brudnego zapaszku wciąż jeszcze prześladującego część naszych pociągów (zwłaszcza TLK).

Nie załapaliśmy się niestety (ze względu na niepasujące nam zupełnie godziny odjazdu – kto by chciał tak wcześnie wstawać?!?) na Super View Odoriko. To jest inny skład na tej samej linii – ma wielkie, zakrzywiające się na sufit okna pozwalające jeszcze bardziej podziwiać widoki na trasie a te są, i owszem, warte podziwiania. Jest jeszcze jeden fajny pociąg na tej trasie ale od stacji Odawara. Nazywa się Izu Craile i pozwala podziwiać widoki morskie siedząc przy piwku frontem do wielkiego okna. No ale on jeździ rzadko i trzeba robić rezerwacje wcześniej więc może następnym razem się zorganizujemy…

To w pewnym sensie nasza pierwsza taka podróż, a w każdym razie pierwsza na takim passie więc byliśmy nieco zagubieni na początku. Pierwsza sprawa – skoro to Limited Express to chyba są miejscówki? W poradniku do naszego passa było napisane, że jak pociąg ma miejsca rezerwowane to trzeba sobie pójść po miejscówkę do odpowiedniego biura na wybranej stacji i tam ją otrzymać za darmo, chyba że w danym pociągu będzie płatna. A tu szukamy i szukamy i nie wiemy wciąż: są miejsca nierezerwowane czy nie? Bo że przynajmniej część jest rezerwowana to już wiedzieliśmy. Oraz że nie zdążymy iść do tego biura bo… jakoś tak wyszło, że znowu wszystko na ostatnią chwilę. Nie było wyjścia – rozpoznajemy sytuację bojem. Wpadamy na stację Tokio na 15 minut przed odjazdem i od razu na peron. Dalej zaś koniec języka za przewodnika: zaczepiamy Pana Peronowego i on nam od razu mówi który wagon jest nierezerwowany. Tam też stajemy w kolejce za emerytami już czekającymi na nasz pociąg i zaczynamy się rozglądać. No i oczywiście: przy każdym oznaczeniu wejścia (na peronie są wylepione linie gdzie zatrzymają się drzwi każdego odjeżdżającego z owego peronu pociągu) na górze pod daszkiem stacji wisi tabliczka z informacją że taki a taki pociąg zatrzyma tu taki a taki wagon i to będzie normalny wagon albo Green Car (pierwsza klasa) i że tu są miejsca rezerwowane (napis na zielono) albo że nie (na czerwono albo niebiesko). Dlaczego piszę o kolorach? Bo te informacje o rezerwacji dla ułatwienia są w kanji…

Dalsze obserwacje już w pociągu uspokajają nas zupełnie. Jak się okazuje tu można bez problemu kupić bilet i u konduktora. A w naszym przypadku (gdyby pociąg był całkowicie rezerwowany) pewnie i załatwić miejscówkę by się dało. Zresztą jest informacja na stoliku – nie masz miejscówki a wagon jest rezerwowany to usiądź gdzie wolne a jak ktoś przyjdzie z tym miejscem to się po prostu przesiądź. Porównując z podróżowaniem w Polsce: tutaj jeśli wsiadasz do pociągu bez biletu lub rezerwacji na rezerwowane miejsca, zajmujesz miejsce i spokojnie czekasz na konduktora. On na pewno przyjdzie, zapyta gdzie wsiadłeś i kupisz u niego bilet lub zrobisz dopłatę, gotówką lub kartą Suica, bez stresu i opłaty manipulacyjnej. Nie ma obowiązku szukania konduktora, nie ma dodatkowych opłat, nie zostaniesz posądzony o chęć jazdy na gapę. Takie małe różnice, które czynią z człowieka szanowanego klienta a nie natrętnego petenta, który jedynie przyczynia się do powiększania zadłużenia kolei bo jak wiadomo w Polsce kolej się nie opłaca.

Jeśli planujesz poranną podróż z którejś z dużych stacji w Tokio i chcesz zjeść śniadanie w pociągu, możesz wpaść na stację na kilka minut przed odjazdem i spokojnie zdążysz kupić jedzenie i napoje w jednym z wielu konbini za bramkami. Pamiętaj jednak, że podróżując przed godziną 9:00 dołączysz do rzeszy ludzi przemieszczających się do pracy i tłum na ulicach, na stacjach i w sklepach jest zauważalnie większy. Nie ma miejsca na stanie przed półką z jedzeniem, wpatrywanie się jak sroka w gnat, bo robimy tym kłopot ludziom spieszącym się do pracy. Na peronach prawie zawsze są automaty z napojami, a przy tych, przy których zatrzymują się ekspresy bywają też kioski z kanapkami/ryżowymi kulkami lub nawet zestawami lunchowymi w pudełkach (ekiben).

Poza tym na pokładzie Limited Expressu należy się spodziewać Pani “Stewardessy” z wózeczkiem z kawą, piwkiem, sake i snackami. Ale z większych i pożywniejszych rzeczy będzie dostępne raczej ciastko do kawy z takich co na śniadanie nada się tylko w sytuacji awaryjnej.

Wracając do dnia dzisiejszego, po opuszczeniu Tokyo szybko zaczynają się pojawiać takie widoki za oknem:

Dojechaliśmy do stacji Izukyu Shimoda i skierowaliśmy się pod górę Nesugata.

Teraz dygresja osobista – byłam wychowywana w duchu jak największej ostrożności życiowej, co spowodowało, że przez lata bałam się różnych rzeczy i często sobie czegoś odmawiałam z czystego strachu. Tak się ugruntowałam w tym strachu, że czasami nie byłam w stanie skorzystać z atrakcji turystycznych (pamiętacie, jak w 2014 roku podeszłam pod Diabelski Młyn w parku Kasai Rinkai i zzieleniałam na myśl o tym, że miałabym się nim przejechać?…). W tym roku podjęłam męską decyzję, że zmieniam swoje podejście do życia i przestaję się przejmować na zapas. Życie jest za krótkie, żeby zadręczać się czymś co być może się stanie i odkładać różne fajne rzeczy na później (czyli nigdy)! Dlatego właśnie przyjechaliśmy pod górę Nesugata, żeby na jej czubek zawiozła nas… wagonikowa kolejka linowa Shimoda!!!

Kiedyś nawet bym do niej nie wsiadła, albo leżałabym całą drogę plackiem na podłodze, a dzisiaj proszę – nagrałam dla Was wjazd na górę! *^V^*

Okazało się, że nie taki diabeł straszny jak go malują! Nie powiem, wagonik wisi na takiej wysokości nad ziemią, że robi to spore wrażenie, a kiedy hamuje na kilka metrów przed stacją na górze i wydaje się, że wyżej już nie podjedzie, kolana miękną… Na szczęście wszystko jest pod kontrolą obsługi, wyhamowanie jest konieczne dla bezpiecznego zacumowania wagonika, i tylko zjeżdżanie w dół było chyba troszkę straszniejsze niż droga do góry. ^^*~~ Taka przyjemność kosztuje 1030 jenów, szczegóły tutaj. Acha, i pamiętajcie, że jak w Japonii kupicie na coś bilet, to nie wyrzucajcie go zaraz po pierwszym sprawdzeniu na wejściu dokądś. Tutaj często trzeba również pokazać bilet na wyjściu (albo włożyć go w specjalną bramkę). ^^*~~

Na czubku góry znajduje się mała restauracja (oczywiście), sklep z pamiątkami (a jakże!), balkon widokowy i kilka punktów do odwiedzenia na terenie niewielkiego parku, m.in. punkt obserwacyjny, z którego Japończycy wypatrywali okrętów Admirała Perry’ego, który w XIX wieku otworzył izolującą się Japonię na świat odrobiną perswazji wspartą zdecydowaną przewagą w technologii artyleryjskiej. Powiesiliśmy przy świątyni tabliczkę ema (500JPY) na dobrą wróżbę naszej wiecznej miłości (bo ta świątynia to jest specjalnie dedykowana takim sprawom!) a Robert rzucał kamykami (200JPY) dla podniesienia swojego poziomu wa czyli japońskiego pojęcia spokoju duchowego. I trafił do celu, więc teraz to mam takie Wa, że… uch!

Małżonka wypatruje black shipa ze strażnicy w tym celu zresztą zbudowanej. Obok działo, ale amerykańskie – Japończycy takich nie mieli i dzięki temu dziś możemy tu przyjechać. A po zatoce faktycznie jeden black ship się kręcił – udawany taki, przebrany kuterek chyba bo z pewnością nie parowiec z kołami łopatkowymi, ale atrakcja turystyczna jest.

Po zjechaniu wagonikiem na dół wsiedliśmy w pociąg na stacji Izukyu Shimoda i pojechaliśmy do Izu Kogen, a tam poszliśmy na spacer na wybrzeże, żeby obejrzeć wiszący most Hashidate. Prowadzi do niego niekłopotliwa ścieżka przez las dochodząca do brzegu morza, która na chwilę zamienia się w górski szlak dla średniozaawansowanych.

A im bliżej morza tym większy morza szum. Nie będzie tak ładnie na filmie bo mikrofon aparatu to jednak nie jest profesjonalny sprzęt do nagrywania, ale wierzcie mi można odpłynąć od samego słuchania. W sumie nie wiedzieliśmy, że ten brzeg tutaj to w zasadzie jak fiordy. Wysokie, strome klify bazaltowych skał z morzem wdzierającym się gdzieniegdzie całkiem głęboko w ląd. Pewnie tak jak lawa spływała z rozlicznych miejscowych wulkanów tak też i się te brzegi piętrzyły.

Po drodze do mostu znajduje się miejsce, w którym Robert się zakochał, ale o tym będzie więcej w kolejnym wpisie, tak więc musicie cierpliwie poczekać. ^^*~~

O, o! Tu powyżej!

A jak wygląda most Hashidate i jak się po nim przechodzi? Buja nim koszmarnie, ale jak wcześniej wspominałam postanowiłam zostawić moje demony strachu za sobą, zignorować protesty mojego zepsutego błędnika i zawierzyć życie (fizyczne i psychiczne) jego konstruktorom, i przeszłam mostem tam i z powrotem! *^V^* A wyglądało to tak:

Kiedy już pokonaliśmy wiszący most Hashidate, postanowiliśmy przejść się 5 km szlakiem turystycznym wzdłuż wybrzeża do drugiego, większego i dłuższego wiszącego mostu Kadowaki. Co to dla nas, 5 km!… I niestety pokonała nas Matka Natura… Szlak zamiast spacerowego szybko zaczął robić się na przemian stromo-w-górę potem stromo-w-dół, po ostrych kamieniach, zdecydowanie dla wytrawnego górołaza w odpowiednim obuwiu, nie dla Fuma Turystycznego na wakacjach! Dodatkowo, było już ok. 16:30, a w Japonii o 18:00 jest już ciemno, w mieście to nie robi żadnej różnicy ale tutaj bardzo nie chciałam zostać w lesie po ciemku…

Przeszliśmy z trudem 2 kilometry i na szczęście dotarliśmy do miejsca, gdzie można było odbić w stronę miasta, z czego skwapliwie skorzystaliśmy!… *^O^* Teraz wystarczyło tylko dotrzeć do stacji i wrócić pociągiem do domu!

Wysiedliśmy na stacji Shimbashi i kolację zjedliśmy w sieciówce Kanoya. Tym razem makaron udon z dodatkami.

Kanoya to bar automatowy, znacie już takie z naszych wcześniejszych wpisów więc tylko w skrócie przypomnę – proponowane dania widzimy w gablotce w postaci plastikowych modeli (czasami są tylko zdjęcia albo wyłącznie opisy po japońsku), do automatu wrzucamy pieniądze i wybieramy numer naszego dania, automat wypluwa bilet (i wydaje resztę), z którym wchodzimy do środka. Bilet podajemy panu za ladą, wybieramy czy chcemy makaron udon czy soba a ponieważ wszystko jest cały czas na ogniu, bulion bulga w garze, tempura jest usmażona i czeka na dołożenie do miski a makaron podgrzewa się w kilka sekund we wrzącym wrzątku, za moment dostajemy nasz obiad na tacy. Automat zajmuje się płatnością dzięki czemu pan na ladą może zająć się wyłącznie szybkim wydaniem posiłku, drugi pan na bieżąco zmywa naczynia.

Jak jest upalnie tak jak tu to na gorący udon człowiek ochoty nie ma. Ale człowiek lubi udon przecież! To co zrobić? Ano wystarczy przejechać się tak jak my ponad 2h lokalnym pociągiem. Wracaliśmy w ten sposób bo Japończycy zwiedzają do wczesnego popołudnia, co oznacza że i pociągi takie jak Odoriko jeżdżą stosunkowo krótko, w każdym razie teraz czyli już nieco po sezonie letnim a przed jesiennym. I Odoriko już nie było. Jak się komu śpieszy to są przecież co godzinkę albo częściej Shinkanseny. Tylko akurat Tokio Wide Pass ich nie obejmuje na tej linii… Tak więc te 2h w lokalnym pociągu i da się zmarznąć całkiem przyzwoicie, bo pociąg może jest lokalny, podmiejski, ale klima działa ostro! I jak już nas tak trochę wychłodziło no to udon był po prostu bosssski!

A na wieczór Robert kupił sobie klasyka – melon pan, słodką bułkę, która z melonem ma niewiele wspólnego, ale jest dość smaczna. ^^*~~

No jak nie ma? Wygląda jak melon. O to chodzi w nazwie… A sama bułka jest puszystą pszenną bułką posypaną cukrem. Nie wiem czemu tak mi smakuje, ale nie będę z tym walczył…

 

6 thoughts on “TWP – Izukyu Shimoda i Izu Kogen

  1. fajny patent z tym passem 🙂 btw. co wy takie sekiurne te onigiri kupujecie? na zywioł iść w takien najbardziej krzaczaste 😉
    ja przy następnej wycieczce planuję zrobić kolejne podejście do “małego grubego dziecka”. skoro natto polubiłam, to może i to mi w końcu posmakuje ;P

    • Kupujemy takie, na jakie mamy ochotę, nie będziemy eksperymentować na potrzeby bloga… *^w^* Zresztą, kupujemy różne, ale nie wszystkie fotografuję, bo to byłaby przesada, dokumentować każdy posiłek…

        • Od razu mówię, że niczego ze swojej strony nie blokuję! Chyba nawet wyłączę moderację komentarzy, nie wiem, skąd się to wzięło…

  2. Pingback: Hakone dzień 2 | Fumy Turystyczne

Comments are closed.