Po co pojechaliśmy do Nikko

Nie zamierzam nikomu mydlić oczu (przepraszam za niezamierzoną grę słów, hehehehe!…..), ale na wycieczkę do Nikko wybraliśmy się bynajmniej nie z powodu zabytków Światowego Dziedzictwa Kultury ani pięknych okoliczności przyrody… Oczywiście, były one cudownym dodatkiem do głównego powodu naszego pobytu (te okoliczności, bo zabytki były albo zamknięte na głucho albo w remoncie, więc otoczone białą folią, a za wstęp pobierali normalnie, więc sobie darowaliśmy…), a był nim…. hotel z onsenem i tradycyjnymi japońskimi posiłkami! *^0^*~~~

Poprzednim razem korzystaliśmy w Kioto z łaźni publicznych czyli sento. Tym razem postanowiliśmy podnieść nasze doznania ablucyjne na wyższy poziom i na dwie noce wynajęliśmy pokój w hotelu z onsenem, czyli łaźnią z gorącymi źródłami. *^v^* (hotel ma onsen, nie każdy pokój osobno, na takie luksusy nie było nas niestety stać…)

Przy okazji polecam ciekawy tekst o oswajaniu się obcokrajowca z golizną własną i cudzą w łaźni publicznej (w jęz. angielskim).

We wtorek rano wymeldowaliśmy się z hotelu Horidome Villa, zostawiając tam nasze duże walizy na przechowanie, i wyruszyliśmy na wyprawę do Nikko.
Tak swoją drogą, system przechowywania bagaży w japońskich hotelach mnie rozczula. Wprawdzie nie mam porównania z hotelami w innych krajach i może dziwię się niepotrzebnie, bo wygląda to tak samo, ale tutaj załatwia się to tak: mówi się, że chce się zostawić walizki na kilka dni i obsługa hotelu stawia je gdzieś w hotelowym hallu, czasami luzem pod ścianą, dzisiaj nasze walizki pani związała zieloną linką… *^v^*

W każdym razie, na początek garść informacji praktycznych: droga do Nikko zaczęła się na stacji metra Suitengumae, skąd o 10:13 złapaliśmy express linii Hanzomon do Kita Senju, tam mając kilka minut na przesiadkę o 10:51 wsiedliśmy do pociągu linii Tobu Nikko w kierunku Tobu Nikko właśnie (trzeba pamiętać, żeby wsiąść do piątego albo szóstego wagonu, bo początkowe cztery zostają odłączone dwie stacje przed Nikko, poniżej widać rysunek poglądowy, który wykonał dla nas pracownik stacji Kita Senju, w celu wytłumaczenia nam, żeby wsiąść do właściwego wagonu!…. 🐱 Okazało się, że na peronie to wszystko było ładnie napisane również po angielsku).

304

Tego dnia wstałam wcześnie, o 8:00 rano, zieeeeeew…….

303

335
Po drodze mijaliśmy miasta i miasteczka, oraz tereny całkiem rolnicze:

305

306

307

A potem nagle pojawiły się góry!

308
Do Nikko przyjechaliśmy o 13:01, zgodnie z rozkładem, za 1553 jeny od osoby, płatne za pomocą karty Suica (karta ładowana pieniędzmi w automatach, służąca do płacenia w różnych miejscach, m.in. za przejazdy koleją i metrem). *^o^* Na stacji pobraliśmy darmową mapkę okolicy i skierowaliśmy się do naszego hotelu Nikko Tokanso, który leży na terenie Parku Narodowego. Na piechotkę, ok. 2,3 kilometra, chociaż mogliśmy złapać autobus, ale chcieliśmy zobaczyć co jest po drodze. A widoki zrobiły się zupełnie odmienne od miejskiej dżungli Tokio, teren się zdecydowanie pofalował, drogi szły w górę i w dół, pojawiły się rwące potoki górskie no i oczywiście otaczały nas wysokie góry.

333

309

310

311

312

313

314

315

316

Idę ja sobie do hotelu, a tu nagle zwierzątko na terenie małej świątynki po lewo… *^0^*

317

Po 40-stu minutach udało nam się dotrzeć do naszego hotelu, a tam czekała na nas niespodzianka – nasza rezerwacja była wypisana w gablocie przed hotelem! *^v^* A także na półce na buty, bo tutaj tuż za wejściem do hotelu znajdował się duży genkan (obniżony przedpokój), w którym zdejmujemy buty i dalej chodzimy wszędzie w hotelowych kapciach (tylko nie po matach tatami!). W toaletach były dodatkowo kapcie toaletowe, w których nie chodzimy nigdzie poza tym pomieszczeniem!

318

319
Zameldowaliśmy się w hotelu, użyłam nawet trochę mojego szczątkowego japońskiego do powiedzenia dwóch zdań w odpowiedzi na pytania, zadania pytań i zrozumienia – zrozumienia! – całej litanii opisów, które wyrzuciła z siebie pani na recepcji a potem pan, który poszedł z nami do naszego pokoju (i niósł moją walizkę *^v^*). Nasz pokój, mimo, że nie pierwszej młodości, okazał się takim, jaki nie raz oglądaliśmy w filmach i anime. Przedpokój z oldshoolową toaletką (i lodówką), wejście do łazienki i do pokoju (który miał wielkość ośmiu mat), w którym stał stolik, krzesełka i zestaw do zaparzenia zielonej herbaty. Do pokoju przylegał mini-balkon loggia ze stolikiem i krzesłami.

328

327

320

324

325

326

Zaczęliśmy od prysznica, herbaty i zjedzenia powitalnego ciasteczka, a potem poszliśmy do miasta sprawdzić czasy odjazdu autobusu na wycieczkę dnia następnego. Przy okazji zjadłam lokalną specjalność, czyli smażone manju zawinięte w yubę z nadzieniem ze słodkiej fasoli anko, posypane solą, pycha! *^v^* Nie wiem, czy sezon na Nikko już się kończy, ale zawsze myślałam, że sezon na wyjeżdżanie do onsenów trwa cały rok, a miasteczko było w połowie wymarłe, sklepy i kawiarnie pozamykane na głucho… Znaleźliśmy kilka sklepów z intrygującymi starociami, pamiątki, monopolowe z wyborem shochu i sake oraz źródła “bardzo smacznej wody” (jak zapewniały tabliczki, Robert próbował i nie narzekał *^v^*). Kupiliśmy sobie sake i chrupacze na wieczór i wróciliśmy do hotelu, żeby przed kolacją skorzystać z atrakcji, dla której przede wszystkim tu przyjechaliśmy.

329

330

331

332

Hotel Tokanso ma niewielką łaźnię z basenem zarówno wewnętrznym jak i zewnętrznym, i siedzenie w takim zewnętrznym basenie z gorącą wodą, pod szumiącymi drzewami i wśród szumu cykad w trakcie zapadającego zmierzchu to bardzo przyjemne doświadczenie. *^o^* Z oczywistych powodów nie mogliśmy w środku zrobić zdjęć, ale jeśli wpiszecie w przeglądarkę “Tokanso onsen” to znajdą się zdjęcia hotelowe. Natomiast człowiek po wygrzaniu się w gorącej wodzie źródlanej wygląda tak:

334

Po kąpieli nadszedł czas na kolację, a tradycyjne posiłki to była jedna z atrakcji, z której chcieliśmy koniecznie skorzystać, jednak zupełnie nie mieliśmy pojęcia, co na nas czekało na centralnie ustawionym na sali stole!… Czułam się, jakbym była w centrum uwagi i wszyscy Japończycy patrzyli, jak sobie radzimy z kolacją… A było z czym sobie radzić!!! Dostaliśmy niesamowitą ilość potraw, z których potrafiłam rozpoznać może połowę! Była genialna rozpływająca się w ustach wołowina do samodzielnego ugrillowania wraz z cebulą, shitake i kartofelkami (!), było sashimi z trzech gatunków ryb, były “paluszki” krabowe (ale z prawdziwego kraba a nie “malowane” sashimi rybne które się jako takie “paluszki” zwykle sprzedaje), surówki i marynaty, krewetki zawijane w smażone tofu, które kropiło się cytryną i maczało w herbacie matcha, były tajemnicze “omlety” czy “galaretki”, tofu na zimno z makaronem soumen i siekaną okrą… Na koniec podano nam miseczki ryżu, lekką zupę z grzybkiem i kiszonki (nie ma ich na zdjęciach), a na deser mochi i melona. Zupełnie nie mieliśmy pojęcia, w jakiej kolejności zajadać te smakołyki (poza ryżem, zupą i deserem, które zostały nam podane pod koniec posiłku), więc jedliśmy wszystkiego po trochu. *^v^* Acha, to co Wam poniżej pokazuję, to jest porcja dla jednej osoby, przed Robertem stał drugi taki zestaw!

336

337

338

339

340

341

Na kolację poszliśmy w yukatach i hapi, które zastaliśmy w pokoju. To bawełniane tradycyjne stroje, które nosi się w japońskich hotelach podczas posiłków i drogi do i z pomieszczeń kąpielowych, a także można w nich spać. W trakcie, kiedy jedliśmy na stołówce, obsługa hotelowa rozłożyła nam w pokoju futony do spania. Mieliśmy w planach wieczorne imprezowanie, ale byliśmy tak niesamowicie najedzeni, że tylko chwilę posiedzieliśmy przed telewizorem, wypiliśmy na spółkę słoiczek sake i poszliśmy spać.

342

 

Następny dzień opisze Robert, specjalista od planowania wycieczek na łono natury. *^o^*

Advertisements

4 thoughts on “Po co pojechaliśmy do Nikko

    • Widziałabyś tylko mnie gołą, bo dwa razy tam byłam i dwa razy byłam sama… *^o^* Ale Robert był z całą grupą młodzieży męskiej, hm!……. *^W^*

Comments are closed.