Tramwajem do Yoshiwary

Dzieborze, Robert kazał przekazać, że chyba za często przebywasz w towarzystwie Lothara i zaraziłeś się od niego sposobem formułowania myśli. *^v^*

Mario z Wr., punktualność i czystość japońskich pociągów to jedno, mnie dodatkowo zachwyca inna ich cecha – każdy pociąg, czy to metro, czy kolejka miejska czy shinkansen, zawsze zatrzymuje w dokładnie tym samym miejscu na peronie, ustawiając drzwi naprzeciwko oznaczonych miejsc, przy których grzecznie stoją ludzie w dwóch kolejkach. Drzwi się otwierają, najpierw spokojnie wychodzą pasażerowie wysiadający, a potem, kiedy jest już miejsce, wchodzą wsiadający. Nie ma zgadywania, gdzie będą drzwi pociągu, nie ma winogrona masy ludzkiej, która napiera na wejście i nie daje szansy nikomu opuścić pociągu… Normalnie, cywilizowany kraj! ~^^~ Wynika to chyba z tego, że japońskie społeczeństwo zostało tak ukształtowane, że każdy czuje się elementem większego organizmu i w związku z tym stara się za wszelką cenę dopasować do wygodny wszystkich dookoła i nie przeszkadzać, nie być ciężarem. U nas każdy uważa się za wielką indywidualność, więc zawsze na pierwszym miejscu jest “ja” przed “my”, i każdy dba o wygodę własną, nie przejmując się konsekwencjami dla pozostałych.

Co do Dnia Dziecka, to kompletnie o nim zapomniałam!… W Japonii było kiedyś Święto Dziewczynek (Hinamatsuri = Święto Lalek, obchodzone 3 marca) i Święto Chłopców (Tango-no Sekku, obchodzone 5 maja), a od 1948 roku przekształcono ten majowy termin w jedno święto zwane Kodomo-no Hi (Dzień Dziecka). Czyli data 1 czerwca nie jest dla nich znacząca.

Zieleń w Japonii rzeczywiście jest, chociaż nie ma mowy o dużych ogrodach przydomowych. Jednak na każdym kroku widać, że nawet jeśli ktoś ma tylko wąski balkonik albo kawałek betonowego podjazdu obok domu, mieszczącego wyłącznie samochód zaparkowany na styk i złożone lusterka, to na tych skrawkach ustawi malutkie doniczki z roślinami. ~^^~

Jeśli chodzi o turystów, to w Kioto było ich całkiem sporo, wciąż wokół świątyń spotykaliśmy europejskie twarze (i amerykańskie rozmiary… ^^), natomiast w Tokio jest zupełnie inaczej. Jest bardzo mało obcokrajowców (widzimy może 5 osób dziennie?), chyba zostali tylko ci, którzy tu pracują na kontraktach, mam wrażenie, że wszyscy przestraszyli się promieniowania i po prostu nikt tu nie przyjechał… Co jest okropne, bo promieniowania nie ma, a ten kraj bardzo potrzebuje funduszy zostawianych tu przez turystów. My nie wzbudzamy szczególnego zainteresowania (poza moim mężem w spódnicy, za którym japońskie nastolatki krzyczą “Kawaii!” (“Słodkie!”) *^v^*), natomiast zawsze jesteśmy mile widziani i zapraszani do barów mimo tego, że ich pracownicy często nie znają słowa po angielsku. Zawsze są przemili, pomagają jak mogą w doborze dań, pokazują na migi, jeśli brakuje im (i nam) języka. A kieszonkowców tu chyba nie ma, każdy chodzi po mieści z torbami bez suwaków, z portfelami czy komórkami w tylnej kieszeni spodni, tu kradnie się tylko tanie parasole ze stojaków sprzed sklepów, ale tam zazwyczaj stoi ich nadmiar, bo te najtańsze parasole są uważane za dobro publiczne. ~^^~

Agnieszko M., no właśnie, co kraj to obyczaj, w krajach arabskich beka się po posiłku, żeby pokazać, jak nam smakowało. *^v^* W Japonii siorbanie jest niezbędne, bo bulion, którym zalewa się makaron jest wrzący, więc trzeba siorbać i furkotać, chłodząc go na trasie miska-nasza buzia, inaczej poparzenia murowane. Za to niedopuszczalne i bardzo niegrzeczne jest wycieranie nosa przy stole (i na ulicy też, jeszcze nie widziałam nikogo, kto by smarkał publicznie), co jest dla mnie wielkim kłopotem, bo mi zawsze przy gorących posiłkach leci z nosa i muszę go obetrzeć. Dmuchać nie wypada, za to flikanie nosem jest dopuszczalne, hm… ^^

Agato, z washletem firmy Toto jest taki problem, że po pierwsze, jest inne zasilanie niż w Polsce, a po drugie – rozstaw zaczepów montażowych jest inny niż rozstaw otworów w polskich muszlach klozetowych. Chyba skończy się na tym, że będziemy musieli kupić taką deskę w Polsce, firmy USPA, jest przystosowana do naszych standardów. Osóbki w wydzierganych swetrach, narzutkach, chustach widać bardzo często, ale widzę też te same ciuszki w sklepach, więc podejrzewam, że są to rzeczy kupione. Publicznie jeszcze nikt na moich oczach nie dziergał. Co do lodów węglowych, Robert ich próbował i mówi, że były delikatnie słodkie i rzeczywiście przypominały w smaku węgiel drzewny. Moje tulipanowe nie miały w zasadzie żadnego smaku…

***

Wczoraj rano opuściliśmy biurowo-rozrywkową część Shinjuku,

i ruszyliśmy do dzielnicy Waseda. Najpierw przeszliśmy przez Golden-Gai, fragment dzielnicy położony na sześciu wąskich uliczkach, z niskimi dwupiętrowymi budynkami wypełnionymi po brzegi barami i piwiarniami. My przechodziliśmy tamtędy w dzień, kiedy większa część knajpek była zamknięta, zapewne po zmroku to miejsce rozkwita. Wzdłuż Golden-Gai wije się malownicza aleja obsadzona drzewami.

A same uliczki wyglądają tak:

Potem wyszliśmy na szeroką Meiji dori prowadzącą do Wasedy, na której znowu były wieżowce – biurowce i budynki mieszkalne, niektóre gotowe, niektóre dopiero w budowie.

Pamiętacie Calorie Mate w batoniku? Na Meiji Dori znalazłam automat, który sprzedawał napoje Calorie Mate – kakao i kawę z mlekiem. Kupiłam kakaowy i jest paskudny… Nie polecam. (zresztą automat też okazał się paskudny – zjadł nam 500 jenów i nie oddał, mimo dyskretnego kopania w obudowę…)

Zresztą w dniu wczorajszym kupiłam też batonik Calorie Mate z niespotkanym jeszcze białym napisem (moje ulubione to zielone – jabłkowe), i okazało się, że biały jest niczym pasztecik mięsny, okropny! (chociaż jest to jedyny smak, który nie przypadł do gustu mnie i Marti, za to przypasował naszym mężom… ~^^~)

Kiedy zejdzie się z zatłoczonych ulic Shinjuku pełnych wieżowców biurowych w kierunku części mieszkalnej, okolica zaczyna przypominać nasze polskie osiedla, znikają sklepy konbini z masą gotowych potraw, za to pojawiają się normalne warzywniaki i sklepy spożywcze.

Obok znajduje się duży park miejski, ze stadionem, alejkami spacerowymi i klombami.

Dawno nie było żadnego kota. *^v^*

I już po chwili byliśmy w Waseda, która jest dzielnicą uniwersytecką i szkolną, powitały nas małe uliczki z przyjemną niską zabudową.

Oraz budynki uniwersyteckie, z budynkiem Audytorium na początek.

I znowu przerwa na kota, tym razem rasa bezogoniasta. ^^

Za uniwersytetem natrafiliśmy wreszcie na oczekiwaną linię tramwajową, Toden Arakawa, jedną z dwóch ostatnich linii tramwajowych w Tokio.

W sumie nie jest to atrakcja turystyczna tylko zwyczajna linia tramwajowa, ale dla nas to była atrakcja, ponieważ mogliśmy przez ok. 40 minut poznawać Tokio, jakie nie występuje w przewodnikach – normalne dzielnice mieszkalne z codziennymi sprawami zwykłych ludzi. Stała opłata niezależnie od ilości przystanków wynosi 160 jenów, można kupić całodniowy bilet za 400 jenów, można płacić kartą Suica lub Pasmo (o Suice będzie więcej w przewodniku “jak przyjechać do Japonii”).

Tramwaj chwilami jedzie wąskim fragmentem między szpalerami budynków, a czasami po ulicy między samochodami. A za oknami rozciągały się takie widoki:

Tutaj budynki były tak blisko, że wysiada się praktycznie prosto do baru! *^v^*

I dalej ulicami:

Mijaliśmy zajezdnię tramwajową, gdzie zmienił się nam motorniczy.

Wzdłuż torów tramwajowych na dużej części trasy rosły zadbane różane krzewy, umilając drogę podróżnym. ~^^~

Stacja końcowa linii Toden Arakawa przywitała nas ładną altanką,

i zadaszoną uliczką handlową.

Zaczynał nam już porządnie doskwierać głód, a jeszcze nie dotarliśmy do celu naszej wyprawy – do kwartału Yoshiwara. We wczesnym XVII wieku żeńska i męska prostytucja dawała się władzom miast tak bardzo we znaki, że ograniczyli jej uprawianie do konkretnych dzielnic, w Tokio była to właśnie Yoshiwara. Obecnie pozostał oryginalny układ ulic i budynków, chociaż ich charakter podobno się zmienił i w większości są to normalne domy mieszkalne (część z nich wciąż pozostaje na usługach seks-biznesu).

I tu nastąpiła wielka skucha i pomyłka, ponieważ kompletnie zmyliliśmy drogę i poszliśmy w zupełnie inną stronę, szukając Yoshiwary nie tam, gdzie ona naprawdę jest położona… ~^^~ Biorąc pod uwagę fakt, że nie ma tam jakichś spektakularnych zabytków do zwiedzania nie jest to wielka strata, ale uśmialiśmy się z tej pomyłki po powrocie do hotelu i sprawdzeniu informacji, dokąd powinniśmy byli pójść! *^v^*

Głodni jak wilki na szczęście trafiliśmy w końcu na restaurację z sieci Sukiya. (trzeba pamiętać, że w Japonii w większości barów jest przerwa od 15:00 do 17:00, wtedy są zamknięte, ale nie duże sieciówki, które często są otwarte 24/7)

Micha ryżu z wołowiną, surówka i miseczka zupy miso uczyniła nas szczęśliwymi! ~^^~

I to już był koniec naszej środowej wycieczki, doczłapaliśmy do stacji pociągu JR i wróciliśmy na Shinjuku, gdzie w drodze do hotelu wstąpiliśmy jeszcze do 7 Eleven po coś na kolację:

– onigiri z JAJECZNICĄ NA BOCZKU! *^v^*

– mięsko z ryżem i jajkiem

– a dla mnie: zupkę z kubka

Kontynuuję też moje badania napojów witaminizowanych, wszystkie smakują podobnie aptecznie i cytrynowo. Mimo opadów deszczu, powiewów wiatru i mokrych nóg w niebieskich Crocsach jak na razie nie mam kataru! ~^^~

Advertisements

7 thoughts on “Tramwajem do Yoshiwary

  1. Imponujące są tokijskie ulice. Chętnie pochodziła bym po nich. I te sklepiki. Fajne. Pozdrawiam.

  2. Dziekuje za kolejną wycieczke po Japonii.
    Spodobało mi sie ze przed małymi sklepikami stoją klomatyzatory.To nie to co u nas gdzie w sklepach panuje zaduch a ekspedientki słaniaja sie od goraca na nogach.
    Zastanawia mnie jeszcze jedno: wchodzicie do sklepu i widzicie tyle kolorowych paczuszek ,torebeczek z nic nie mówiacymi znakami,skąd wiecie co to jest?Ja bym tam w sklepie chyba sie rozpłakała i padła z głodu:)))

  3. Zaskakująca odmiana. Nie przypuszczałam, że część Tokio może wyglądać tak jak Waseba. W części domów mieszkalnych widać dość duże balkony. Zastanawia mnie jak wyglądają mieszkania, bo u nas panuje opinia, że Japończycy mieszkają w “klatkach na króliki”. Te balkony nijak mi nie pasują do owych klatek. Może orientujesz się jak to jest?
    Tramwaj kapitalny! Szkoda będzie jeśli zlikwidują. Podobnie jak pociągi nie zatłoczony. Zaskakujące, bo media przyzwyczaiły nas do widoku “upychaczy” w metrze i wiecznego pośpiechu Japończyków. Czy Japończycy niewiele podróżują pociągami? Panowie maszyniści i tramwajarze prowadzą w białych rękawiczkach. To wymóg czy jakaś tradycja?
    Zwróciłam też uwagę na rowery. Wyglądają na pozostawione bez szczególnego zabezpieczenia. Czy tak jest? U nas dość często “nikną” (mojemu bratu już 2/2 lata).
    No i konia z rzędem temu, kto po opakowaniu zgadnie, że to… jajecznica z boczkiem! To może być pytanie… w grze o milion.

    Maria z Wr

  4. Skucha! – Waseda, nie… Waseba. No i jak ja bym trafiła do którejś z dzielnic, co rusz zmieniając im nazwę.

    Maria z Wr

  5. Staram się czytać waszego bloga kiedy zbliża sie pora drugiego sniadania lub obiadu – zdjęcia i opisy tego co konsumujecie niezmiennie zaostrza mi mój skromny apetyt.
    Nad rękawiczkami i ja się zastanawiałem ale myśle że to chyab względy estetyczne i … bespieczeństwa. Takei BHP. Mniej zarazków – odrazu widac jak gdzieś coś się ubrudzi czy … niedaj boże …skaleczy. Tak kminie.

    PS. O co chcodzi z tym Dzieborem, bo nierozumiem ?? ^_^

  6. No właśnie – gdzie te słynne białe rękawiczki upychające pasażerów? Ten kraj jest po prostu przesłodki – różowy tramwaj! (^o^)

    I faktycznie na końcu tej wycieczki powinna pojawić się na blogu notka mówiąca o tym ile kasy trzeba na taki pobyt w Japonii? skąd się tam wzięliście? jak organizować sobie trasy? czy brać ze sobą osobę która mówi choć trochę po japońsku? może przewodnika? etc etc

    Cmoking (^3^)

  7. Dziękuję za ciekawe opisy.Podziwiam trud włożony w każdy post,bo przecież po całym dniu zwiedzania można od razu paść nosem w poduszkę.Zaskakujące ,nowe oblicze miasta,bo juz myślałam,że tylko wieżowce tam są(tez ładne).Balkony i bloki wyglądają swojsko.Bardzo podoba mi się zadaszona uliczka.
    Czytam dokładnie wszystko i ogromnie jestem ciekawa następnych relacji.Dziękuję jeszcze raz ,ze mogę za Waszym pośrednictwem zobaczyc tak odległy kawałek świata.
    Robercie-“errata”fenomenalna,z dowcipem,lekkością i …kibelek super!
    Pozdrawiam
    Anna

Comments are closed.