Sento i okonomiyaki

Wampisiu, życzę Ci tego z całego serca, marzenia są po to, żeby je spełniać! ~^^~

Mario z Wr., niestety nie wiem, jakie są japońskie zarobki, ale tutaj po prostu niektóre rzeczy są bardzo drogie a inne tanie, chodzi o dostępność. Japonia jest mała i górzysta, więc nie ma wielkich płaskich połaci na pastwiska dla zwierząt czy na ogromne sady owocowe lub ogrody warzywne na wielką skalę. Stąd wysokie ceny mięsa czy warzyw i owoców. Natomiast w porównaniu do naszych cen, tanie są tutaj owoce morza i ryby, bo są dostępne na wyciągnięcie ręki.  A jeśli chodzi o moją wagę, to będzie o tym za chwilę, bo wczoraj się ważyłam! *^v^*

Agnieszko M., krótkie białe skarpetki tabi (z osobnym dużym palcem) i klapki geta to element tradycyjnego stroju gejszy, niezmienny od wieków, nie sądzę, żeby ktokolwiek postrzegał je jako modne czy niemodne.*^v^* Natomiast bardzo popularne wśród Japonek jest noszenie gładkich/koronkowych skarpetek, krótkich lub do pół łydki a nawet zakolanówek do sandałów, naoglądałam się tego w Tokio na każdym kroku i muszę przyznać, że nawet mi się to podoba.  Zresztą, tutaj nie ma pojęcia “strój nie do przyjęcia”, nosi się wszystko, co się chce i to jest piękne! Co do kamieni w fartuszkach, związane są one z legendą Jizo Bosatsu, dość makabryczną, umieszcza się takie rzeźby małych ludzi w kapliczkach buddyjskich i shintoistycznych, po więcej odsyłam Cię do własnych poszukiwań w źródłach.

***

Ponieważ dzisiaj zdecydowałam się wreszcie zrobić sobie dzień odpoczynku, bo moje biedne poobcierane i poodciskane stopy miały zdecydowanie dość, dzisiejszy wpis może być mniej interesujący, uprzedzam lojalnie. ~^^~

Tak więc, ciąg dalszy dnia wczorajszego: wczoraj wieczorem poszliśmy do sento. Sento to tradycyjna łaźnia japońska, w której w podstawowej wersji można się wykąpać i poleżeć w basenie z gorącą wodą. Bardziej luksusowe łaźnie oferują naturalne gorące źródła, ale są one dużo droższe. (podobno zdarzają się super luksusowe ryokany (pensjonaty w tradycyjnym stylu) oferujące mini-onseny w każdym pokoju!) Sento podobnie jak publiczna pralnia, oprócz oczywistej funkcji umycia się spełnia ważną funkcję społeczną, bo idzie się tam zrelaksować się w gorącym basenie, wymienić poglądy z współtowarzyszami, poprzebywać wśród ludzi. Niestety senta znikają powoli z japońskiej rzeczywistości, gdyż coraz więcej ludzi ma łazienki we własnych domach i nie chce się im już iść kilka ulic dalej do wspólnej łaźni.

Muszę wspomnieć jeszcze o ważnej rzeczy – czasami do niektórych łaźni nie są wpuszczani ludzie z tatuażami. Wynika to z tego, że te miejsca mają być z założenia spokojnymi relaksującymi centrami dla lokalnej społeczności, a wytatuowani ludzie kojarzą się w Japonii z yakuzą, dlatego zanim weszliśmy z naszymi znajomymi (którzy mają niewielkie tatuaże) do sento Ginza-Yu w Kioto, upewniliśmy się, że oni zostaną tam wpuszczeni (okazało się, że nie ma problemu).

Z oczywistych przyczyn nie mam żadnych zdjęć z wczorajszej kąpieli, *^v^*, ale postaram się wszystko dokładnie opisać.

Wejście do sento to mały przedpokój z szafkami na buty i stojakami na parasole. Tu zostawiamy obuwie i okrycia wierzchnie. Następnie panie idą jedną stroną korytarzyka, a panowie drugą, bo łaźnie nie są koedukacyjne. Uiszczamy w kantorku opłatę (410 jenów = ok. 15 zł) i idziemy do rozbieralni. Zdejmujemy całe ubranie i zostawiamy w szafce, kosmetyki i ręcznik wkładamy do małej miseczki i wchodzimy do łaźni właściwej. Jest to duża sala, która pod ścianami ma krany i prysznice (ale nisko umieszczone, tak, żeby można się było umyć siedząc na niskim stołeczku, nie na stojąco), a po środku jest basen z gorącą wodą. W naszym sento były jeszcze trzy baseniki – z wodą ciepłą, cieplejszą i lodowatą oraz mała sauna sucha 100 stopni.

Najpierw należy się porządnie umyć, więc pobieramy ze sterty mały plastikowy stołeczek (albo nie, można usiąść bezpośrednio na podłodze pod prysznicem), mydlimy się, szorujemy, płuczemy, dowolną ilość razy. Miseczka może nam służyć do oblewania się wodą albo spłukiwania szamponu z włosów (próbowałam płukać włosy podstawiając się pod prysznic, ale jest on na tak małej wysokości, że naprawdę wygodniej jest nabrać wody do miski i się oblewać). Początkowo nie planowałam mycia głowy tego dnia, ale w sali kąpielowej jest taka temperatura i wilgotność, że nawet, gdybym spięła dokładnie włosy na czubku głowy, to byłyby całe wilgotne, więc najlepiej planować wyjście do sento na całościowe kompleksowe mycie z włosami włącznie, zresztą widać było, że niektórzy myją się bardzo bardzo intensywnie, jedna pani na przemian szorowała się i spłukiwała kiedy weszłyśmy do łaźni i wciąż to robiła, kiedy wychodziłyśmy 30 minut później. ~^^~

Kiedy już uznamy, że jesteśmy wystarczająco czyści, możemy wejść do którejś z wanien z ciepłą czy gorącą wodą, i poleżeć sobie, wygrzewając się, lub na chwilę wskoczyć do lodowatej wody, żeby pozamykały nam się wszystkie pory ciała, oczyszczone uprzednio w wysokiej temperaturze. Jeśli jesteśmy w łaźni z przyjaciółką, teraz jest czas na plotki i relaks.

Po kąpieli wycieramy się do sucha i wracamy do szafek z ubraniami. W tej części sento są lustra, suszarki do włosów (na monety), widziałyśmy też fotel do masażu (bardzo wiekowy, chociaż pewnie wciąż na chodzie, bo inaczej by go tam nie było). No i jest waga! *^v^*

Nie odmówiłam sobie przyjemności sprawdzenia, ile ważę po prawie trzech tygodniach pobytu w Japonii. Z jednej strony, codziennie robimy po 10 do 15 kilometrów trasy, czasami w górę i w dół, zwiedzając, oglądając, spacerując. Z drugiej – jem tutaj dużo węglowodanów (ryż, makaron), słodycze, wafle ryżowe, piję słodzone napoje gazowane, czyli to wszystko, czego w domu nie jadam (oprócz ryżu i makaronów, bo te uwielbiam). I w ogóle mam wrażenie, że dużo jem, bo dookoła jest tyle pyszności, że nie sposób nie ruszać ciągle buzią, próbując to tego, to tamtego, więc na wagę wchodziłam z pewną nieśmiałością, z rezygnacją przygotowana na kilka kilo obywatela więcej. I co? I okazuje się, że ważę DOKŁADNIE tyle, ile ważyłam tu przyjeżdżając!!! *^v^* W związku z tym, ponieważ nadal mam zamiar chodzić po 10 km dziennie, pisząc te słowa z czystym sumieniem objadam się ryżowymi waflami i owocowymi galaretkami, bo wiem, że nie będzie bilansu dodatniego (a jeśli tak, to niewielki)! ~^^~

Bo jak tu się nie objadać, kiedy na każdym kroku stoją automaty z napojami a w każdym sklepie spożywczym ciągną się lady chłodnicze z przysmakami!… ~^^~

Po kąpieli przyszedł czas na ciepłą kolację i trafiło nam się miejsce idealne – mały bar oferujący dania pieczone na blasze, czyli w japońskiej nomenklaturze z końcówką yaki. Pamiętacie takoyaki? To kulki z ciasta naleśnikowego i kawałkami ośmiornicy smażone na blachach z okrągłymi wgłębieniami. Tutaj ich nie było, za to były najróżniejsze teppanyaki (różne kawałki miesa i warzyw smażone na blasze) i okonomiyaki, czyli placek z ciasta naleśnikowego i szatkowanej kapusty, z dodatkami – jedliśmy z krewetkami, kalmarami i wołowiną. Ta potrawa pochodzi podobno właśnie z regionu Kansai, w którym jest Kioto i Osaka, a pani, która nam gotowała wyglądała, jakby robiła je od co najmniej 50 lat! *^v^*

Najpierw sama wymieszała składniki i usmażyła placki na blasze z boku naszych siedzeń. (w knajpie w Tokio dostaliśmy okonomiyaki do samodzielnego smażenia i miało to swój urok, aczkolwiek miło było oglądać fachowca przy pracy ^^)

A potem włączyła grzanie płyt przed każdym z nas, przełożyła na nie gotowe okonomiyaki i udekorowała tradycyjnymi dodatkami: porcją słodkawego sosu sojowego otafuku, garścią sproszkowanych glonów aonori i suszonych płatków ryby bonito, i sporą dawką majonezu. ~^^~

Pani była tak miła,  ze za darmo zrobiła nam jeszcze po misce zupy miso, a na deser postawiła przed każdym talerzyk z galaretką z grapefuita. Przy okazji znała trochę angielskiego, więc tłumaczyła naszą rozmowę ze starszym panem, klientem baru.

Chciałabym jeszcze napisać, że Japończycy są niezwykle pomocni. Zdarzało się, że staliśmy na rogu ulicy z mapą w rękach, kompletnie zakręceni, zastanawiając się, gdzie my właściwie jesteśmy i nagle materializował się Japończyk, z zapytaniem, czy może nam pomóc. Nawet jeśli nie znał angielskiego, pokazywał trasę na mapie, albo… wczoraj jeden z nich zaskoczył nas już kompletnie! ~^^~

W środę znajomi poszli do łaźni (innej, niż ta, w której w końcu byliśmy), żeby zapytać o cenę i o tatuaże. Dowiedzieli się wszystkiego, spojrzeli na godziny otwarcia (15:00 – 01:00) i w czwartek poszliśmy tam w większej grupie, żeby się wykąpać. Okazało się jednak, że ta łaźnia jest zamknięta na głucho i wywnioskowaliśmy, że zapewne w czwartek nie pracują (tak się tutaj zdarza, że jeden dzień w tygodniu jest zamknięte). Podeliberowaliśmy przez chwilę, co robić, i udaliśmy się na poszukiwanie innej łaźni, która miała być w pobliżu. Najpierw kolega kłaniając się milion razy zapytał jakąś panią stojącą w drzwiach swojego domu, jak tam dotrzeć. Do pani dołączył z mieszkania pan (byliśmy ciekawi, czy jest tam więcej członków rodziny ^^), udało się zrozumieć nazwę łaźni (Ginza-Yu), ale dalej było tylko dużo machania rękami, kłaniania się i potok słów po japońsku. Zrozumieliśmy tylko ogólny kierunek.

Drugi raz pytaliśmy na rogu ulicy, skąd pewien starszy pan skierował nas w dalszą drogę, ale też zrozumieliśmy tylko machanie ręką wzdłuż ulicy… Tak więc, za trzecim razem zwróciliśmy się o pomoc do sklepu golibrody. Pan zrozumiał, czego szukamy, zapytał “Nihongo wa?” (“Rozumiecie po japońsku?”), a kiedy nasze zakłopotane miny pokazały,  że nie, wrócił do środka po parasol, zamknął sklep na klucz i zaprowadził nas ulicą do miejsca, z którego było już łatwo trafić do samej łaźni! *^v^* Kłanialiśmy się mu bardzo nisko i wiele razy. ^^

Robert dzisiaj wybrał się na wycieczkę wzdłuż kanału prowadzącego do jeziora Biwa, jeśli zrobił zdjęcia, to relacja będzie w kolejnym wpisie wieczorem.

EDIT: wyszłam na mały spacer w okolice pensjonatu w poszukiwaniu nowego zapasu plasterków na moje obtarte stopy. Plasterków wprawdzie nie kupiłam, ale za to trafiłam na małą drogerię i mam krem KANEBO Freshel White C BB Cream za 1/3 polskiej ceny! *^v^* Zamierzam nakupować sobie jeszcze inne produkty Kanebo (uwielbiam, jakoś wspaniała, u nas ceny z najwyższej półki), i będę piękna jak Japonka (za rozsądną cenę, he he! *^v^*).

Advertisements

3 thoughts on “Sento i okonomiyaki

  1. Rewelacyjnie opisujesz swoje spostrzeżenia chociaż mam wrażenie jakbyś była w innej Japonii niż ja 10 lat temu.:-)
    Mam jednak prośbęo skład INCI kremu, o którym piszesz. Spojrzałam na info z linku ale tam jest mało konkretów.

  2. Dobry kremik dziś to inwestycja na jutro.
    Mam nadzieję , że nogi już tak bardzo nie bolą. Pozdrawiam.

Comments are closed.