Akihabara

Żelazne racje żywnościowe:

onigiri, czyli trójkąt z ryżu z nadzieniem, owinięty paskiem glonów nori (jest to tak sprytnie zapakowane, że osobna folia owija ryż, a osobna całość z nori, i otwierając wyciągamy wewnętrzną warstwę folii i dopiero wtedy glony oblepiają ryż, dzięki czemu nori pozostaje suche aż do momentu zetknięcia z wilgotnym ryżem), koszt 3,5 zł

Calorie Mate, batonik energetyczny, który ma dokładnie 100 kcal, dostępny w różnych smakach (moje ulubione – jabłkowe)

– herbata z mlekiem

– suszone słone kalmary, jedna z moich ulubionych przekąsek ~^^~

Rano w drodze z hotelu na oglądanie atrakcji wstępujemy do sklepu spożywczego i kupujemy sobie onigiri i coś do picia, i ruszamy do pociągu, w dniu dzisiejszym na zwiedzanie Akihabary.

Akihabara to zagłębie elektroniki. Nie sposób tego opisać, bo nie znajduję żadnego miejsca w Polsce, z którym mogłabym je porównać. To cały kwartał plątaniny ulic i uliczek szczelnie wypełnionych wieżowcami ze sklepami z grami, figurkami, sprzętem elektronicznym, agd, mangami i anime, i innymi tego typu artykułami nowymi i używanymi. Można tam spędzić miliony godzin, aczkolwiek ceny wszędzie są bardzo podobne. (nie mam dużo zdjęć ulicy, bo bardzo padało przez cały dzień, ale na pewno wrócimy na Akihabarę w bardziej pogodny dzień)

Oczywiście wszystkie te sklepy elektroniczne są gęsto poprzetykane knajpkami – na początek wybraliśmy talerzykowy sushi bar.

Siadamy przy barze, sypiemy sobie do kubka zieloną herbatę którą zalewamy wrzątkiem z kranu wystającego z baru (herbata jest za darmo w dowolnej ilości), nakładamy sobie na talerzyk trochę marynowanego imbiru i na drugi nalewamy sos sojowy, i patrzymy na taśmę, na której nadjeżdżają ku nam smakołyki na talerzykach.

Zjadamy ile chcemy, a talerzyki składamy na stosik, i płacimy przy wyjściu stosownie do koloru talerzyka. Najtańsze talerzyki, (takie łapaliśmy, bo ich zawartość wyglądała ciekawie ^^) kosztowały po 5 zł za dwa kawałki ryżu z dodatkami.

Obiad zjedliśmy w innym typie baru – makaron “z automatu”.

Najpierw oglądamy w witrynie plastikowe przykłady potraw, sprawdzamy ceny i zapamiętujemy numerek.

Potem idziemy do atomatu, wrzucamy monety i po wyborze właściwego numerka dostajemy wydrukowany kupon (duża micha makaronu z mięsem i warzywami w aromatycznym rosole to koszt ok. 15 zł).

Z tym kuponem idziemy do środka, gdzie podajemy go panu kucharzowi, a on wydaje nam odpowiedni posiłek. Za darmo nalewamy sobie wodę z lodem w dowolnej ilości.

Jeszcze kilka słów o poruszaniu się po Tokio komunikacją miejską – znajdziemy tu bardzo dużo linii metra i kolejki podziemnej i nadziemnej, istna sieć pajęcza, która jest bardzo dobrze zaprojektowana i skomunikowana, wszystkie stacje i wyjścia z nich są opisane po japońsku i angielsku, tak samo w pociągach nazwy wyświetlają się i są czytane w obydwu tych językach, więc nie sposób się zgubić, bo zawsze można przeczytać albo usłyszeć, jaka stacja się zbliża. Po przylocie od razu kupiliśmy karty które można załadowywać pieniędzmi i jest to karta do płacenia za przejazdy i honorowana w niektórych sklepach i kioskach.

Nie obyło się bez zakupów – na szóstym piętrze w jednym z wieżowców na Akihabarze znajduje się ogromny salon Volksa z dolfami ale przede wszystkim z figurkami i artykułami dla modelarzy, i tam znalazłam pędzelki do lalkowych makijaży, a Robert kupił sobie małą figurkę Rei Ayanami (z anime Neon Genesis Evangelion).

Wieczorem po powrocie “do domu” na Shinjuku poszliśmy na kolację do następnego tradycyjnego baru – tym razem na okonomiyaki i takoyaki. (co ja tak ciągle o jedzeniu?… Ale cały dzień lał deszcz, więc nie było czego oglądać i jak robić zdjęcia na zewnątrz.)

Siadamy przy grzejącej się płycie, na którą wylewamy wymieszane składniki: poszatkowaną kapustę, jajko, ciasto naleśnikowe, boczek, krewetki, i inne różności do wyboru, podsmażamy, zalewamy sosami, zasypujemy suszonymi płatkami ryby bonito i glonami, i wcinamy taki placek – to okonomiyaki (ok. 30 zł, dwie osoby się najadają).


Takoyaki to kuleczki z ciasta naleśnikowego z nadzieniem z kawałka ośmiornicy, pycha!

Na koniec jeszcze kilka zdjęć Shinjuku by night, na pierwszym mamy wejście do jednej z wielu gralni – na kilku dużych piętrach wieżowca znajdziemy automaty do gry wszelakiej maści i odmiany, Na niższych piętrach dziewczyny próbują złowić maskotki z automatów i robią sobie zdjęcia w Purikurach, a wyżej faceci rżną w wyścigi, walczą z potworami, grają w bilard i rzutki, a wszystko to w ogromnym (OGROMNYM) hałasie i chmurze papierosowego dymu. To tak, jakby wziąć z warszawskiego centrum handlowego Galeria Mokotów centrum rozrywki Atomic, powiększyć wszerz i powielić na sześć pięter!




Na koniec dzisiejszego dnia (bo u nas jest 2 w nocy ^^) jeszcze tylko pożałuję, że nie jestem w stanie oddać w opisach prawdziwego charakteru Tokio, bo żadne słowa nie opiszą tego co trzeba by zobaczyć na żywo. Nie mam tego z czym porównać, bo w żadnym polskim mieście nie ma nawet ułamka tej skali, jaką oglądam tutaj. Centrum Shinjuku, które jest jednym z kilku centrów tego miasta, to nie trzy wieżowce i dwie ulice na krzyż, to siatka wielu wielu ulic, z mnogością wieżowców, wypełnionych biurami, a poniżej sklepami i taniutkimi knajpkami wszelakiej maści. Akihabara to drugie takie centrum Tokio, a jutro – ponieważ wciąż ma padać – wybieramy się do prawdziwej mekki zakupowej, na Harajuku. Dobranoc! *^v^*

Advertisements

7 thoughts on “Akihabara

  1. Wspaniale piszesz,czuję się tak jak bym była z Wami:)
    A u nas dzisiaj piekne słońce :)Pozdrawiam.

  2. Sushi! Mmmm… no to smacznego!
    Nasunęło mi się pytanie, czy widzieliście może na ulicy wystylizowanych po ichniemu nastolatków?

  3. już się przyzwyczaiłam, że piszesz albo o jedzeniu, albo o kusych kobiecych sweterkach 😉
    świetnie się czyta (i ogląda) Twoje relacje!

    a dlaczego wszyscy mają przejrzyste parasole?

  4. A ja teraz czekam na więcej zdjęć Dae z lolitami 😀 i nie tylko ….. już on wie co lubie oglądać ^_^
    Czytam codziennie i czekam na nowe wasze wpisy.

    A o Parasole również chciałem zapytać – w sumie to ich przezroczystość jest statystycznie zauważalna na ulicy, na zdjęciach.

  5. noo, już na miejscu, świetnie:)
    bardzo ciekawie piszesz, szczególnie o jedzeniu, aż się głodna zrobiłam! i znów chce mi się gdzieś pojechać! (a tydzień temu wróciłam z urlopu;))

    doskonale znam to uczucie, że “jestem stąd”, o którym pisałaś w poprzedniej notce. ja to poczułam w Prowansji, dwa lata temu, i nadal tam tęsknię, i marzę, żeby kiedyś kupić tam mały, kamienny domek…).

  6. oj, wracaja wspomnienia. I moje ukachane, ulubione okonomiyaki. Mniam! Na sama myśl o nich cieknie mni ślinka.

    Deski klozetowe z bajerami tez mnie zaskoczyły, nie mniej niż sama konstrukcja toalety (tej w wersji azjatyckiej gloryfikowanego narciarza).

    I wystawy pplastikowych potraw. Pamietam takie ze stołówki na uczelni. Na talerzu wygladały o niebo lepiej i smakowały cudownie. Nic dziwnego ze przytyłma tam 6 kilo.

    Bawcie sie dobrze, róbcie milion zdjęc (jak prawdziwy japoński turysta) i piszcie. Ciekawa jestem waszej relacji z Kyoto.

Comments are closed.